
Rok: 2008
Zaczęliśmy z Aten i trafiając na bardzo dobry wiatr wiejący z rufy pognaliśmy na Poros. Nie wszyscy znieśli ten baksztagowy kurs łagodnie. Były nawet postulaty o wysiadaniu w trakcie. Na szczęście zanim doszło do realizacji tych zamierzeń, wpłynęliśmy pod osłonę Eginy, a później lądu stałego i wreszcie do Poros. Większość przyjęła lądowanie z wdzięcznością. Po ogarnięciu się i jachtów wyruszyliśmy do miasteczka. Wybraliśmy na koniec knajpkę na podeście, z dala od centrum, co było dobrym rozwiązaniem ze względu na dzieci. Wieszanie się na balustradach, wbieganie i zbieganie po schodach zajęło im większość czasu przeznaczonego na pobyt w kanajpce.
Kolejny dzień już nie był wietrzny, a my obraliśmy kurs na Spetses. Do portu wpłynęliśmy wczesnym popołudniem i zajęliśmy jedno z ostatnich miejsc. Porcik bardzo uroczy i cichy, aczkolwiek przy jego wejściu stoją, praktycznie od zawsze, trzy ogromne statki. Niektóre jachty nawet do nich cumują jak nie ma już miejsc przy nabrzeżu. W ramach relaksu można wybrać się na spacer wzdłuż wybrzeża. Nam akurat pełen relaks nie był dany albowiem córcia ustanowiła dzień wrogości wobec rodziców. Nie mniej jednak spacer się odbył, armata przy budynku lokalnych władz została zdobyta i przybrzeżne skałki również. A w końcówce spaceru nawet i oportunizm córeczki złagodniał. Wieczorkiem usiedliśmy w knajpce nad brzegiem zatoki i delektowaliśmy się jak co wieczór greckimi specjałami.
Obudziliśmy się i stwierdziliśmy, że oto czeka nas kolejny bezwietrzny dzień! A niech to! Dwa dni wiatru i już? Może czegoś nie dopłaciliśmy....? No nic, trudno z tym stanem rzeczy walczyć, więc postanowiliśmy go zaakceptować. Wiatr wywiał się doszczętnie, a my znów na silnikach wyruszyliśmy z portu. Tym razem w kierunku Hydry. Po drodze jednak zatrzymaliśmy się standardowo na kąpiel. Żeby było inaczej niż do tej pory, postanowiliśmy użyć pontonu w celu wyekspediowania dzieci na brzeg. I to było to! Nie ma nic lepszego od rzucania kamyczkami do wody i chlapania się w płytkich przybrzeżnych oczkach wodnych wśród skałek. Po wodnych uciechach dopłynęliśmy do Hydry. Jest to miasteczko i porcik tyci tyci, z miejscem tam ciężko, a koniecznie chcieliśmy tam się zatrzymać. Liczyliśmy się z tym, że prawdopodobnie przyjdzie nam stać na winogrono, czyli w pływającej tratwie z innymi jachtami, ale nie dopuszczaliśmy myśli, że tam NIE staniemy.
Blisko celu odbyło się nawet coś na kształt wyścigu z inną pędzącą w tym samym kierunku łódką. Mimo, że wpłyneli pierwsi, to wycofali się rakiem. Chyba nie wiedzieli, że można stawać "na trzeciego". A my mając osobę doświadczoną w załodze, bez mrugnięcia okiem przycumowaliśmy do jakiegoś jachtu. Byliśmy trzeci w kolejce do brzegu. Nagle dotarło do nas, że z nami są przecież dzieci! Schodzenie na brzeg i powrót po tej pływającej platformie nie jawiło się w jasnych barwach. Całkiem niepotrzebnie! Z dziećmi nie było żadnego problemu, a załogi jachtów stojących bliżej brzegu zrobiły coś na kształt ścieżki. Hydra jest prześliczna. Jedynym samochodem jaki tam jeździ jest... śmieciara, reszta transportu odbywa się na mułach i osiołkach oraz za pomocą niesłychanego ludzkiego wysiłku. Ciągnąć pod górę tonę zaopatrzenia na paleciaku we dwóch nie jest łatwo. Zwłaszcza po kostce brukowej... takie oto przemyślenia mieliśmy pijąc kolejne latte, espresso czy cafe frappe. Uliczkami można było chodzić bez końca do kompletnego zapętlenia. Na szczęście po drodze była knajpka i .... znów rarytasy greckiej kuchni! Dzieci były zachwycone ilością schodów, opuszczonych wózków transportowych (fajnie się z nich skacze w objęcia taty lub wujka), kotów, no i wspomnianych osiołków i mułów. Nie wiedziały tak naprawdę czym najpierw się zająć.
Na sam koniec wyprawy obraliśmy Eginę i port Perdika. Miejsce urocze, ciche, takie trochę na uboczu, choć jachtów dużo. Co ważne, jak się ma małe dzieci, jest tam plaża. Znów była wielka radośc z rzucania kamykami, chlapanie wszystkich dookoła i niechęć do wychodzenia z wody. Tuż przy plaży była kafeteria, więc każdy miał coś dla siebie. Tak naprawdę Perdika
składa się z jednej ulicy przy której toczy się życie knajpiano-towarzyskie. Brak innych atrakcji rekompensuje zmierzch. Siedząc na knajpianym tarasie można podziwiać wielość planów w postaci wysp chowających się jedna za drugą w promieniach zachodzącego słońca i jachty łagodnie kołyszące się na kotwicach. Coś takiego, że mówi się tylko "ech..." i siedzi się dalej. Było jeszcze coś co zapierało dech w piersiach. Kwitnące bugenwille. Od bladoróżowych po amarantowe. Czasem nie było widać zieleni liści, tyle było kwiatów!
Droga powrotna do Aten przerwana została ostatnią w tym rejsie kąpielą. W Atenach zakończyliśmy naszą podróż oczywiście grecką kolacją. Żeby dzieciaczki też miały frajdę, knajpka była na plaży, a nasz stolik prawie nad samym morzem. Dodatkowo był też plac zabaw. Z ciężkim sercem wróciliśmy na jacht, ponieważ część z nas bardzo rano wstawała na samolot.
Artykuł został zaczerpnięty za zgodą autorów ze strony blue-sails.com.
Informacja o autorach:
| 24.04.2012 | Soroti- a kto to? | |
| 24.04.2012 | W sobotnie popołudnie | |
| 24.04.2012 | Białe garby dwa | |
| 13.04.2012 | Konkurs | |
| 12.03.2012 | Pomiłka i Walenty |